- Cześć kochani. Zdajcie sobie sprawę, że przespaliście nasze wyjście do sklepu, pierwszy dzień szkoły i obiad?
Para spojrzała na siebie ze zdziwieniem, ale szybko wybuchnęli śmiechem.
- A powiesz która godzina? I... który dzień? - poprosił Calvin kładąc głowę na plecach Damona.
- No mamy 30 listopada, godzinę 16:02. Z dokładnością sekund... 35...36...37
- Dobrze! Już wiemy. Coś ciekawego się działo?
- W sumie to nie. Eric i Dylan nie odpuścili sobie i zaczęli wyżywać się na pierwszorocznych. I powiedzieli Marcusowi, że filmik o jego małym przy... przydupasku dalej jest na ich telefonach. Nie wiem o co chodzi, bo Marcus siedzi cicho. Ale za pewne chodzi o... - urwała, bo zobaczyła w oczach Cal'a ten wyraz, który mówił " Czas, abyś przestała mówić". - No nic... jak będziecie głodni to zejdźcie. - powiedziawszy mrugnęła okiem i wyszła.
Damon mocniej ścisnął poduszkę i zaczął cicho szlochać. Calvin od razu to wyczuł.
- Ej maluchu... nie płacz - powiedziawszy to znowu pocałował jego plecy, następnie odgarnął kruczoczarne włosy z szyi chłopca i składał pocałunki tam.
Damon usiadł na łóżku. I ponownie ukrył twarz w dłoniach.
- ALE TY NIE ROZUMIESZ! NIKT NIE ROZUMIE! - mówiąc to wstał i ubrał się - NIKT NIE PRZEŻYŁ CZEGOŚ TAKIEGO! ONI MNIE ZNISZCZĄ! ZNISZCZĄ! - mówiąc to odgarnął włosy z lewej strony szyi. Oczom Calvina ukazały się poziomie, zastrupiałe kreski. Chłopak nie wierzył w to co widzi.
- Kochanie... ze wszystkim damy radę. Pomogę Ci! Ale nie rób nic głupiego. - wychodząc z łóżka powiedział Calvin. - Każdy Ci pomoże - mówił podchodząc do Damona próbując go przytulić.
Chłopak cały zapłakany wybiegł z pokoju i zanim Cal zorientował się co się stało usłyszał trzaśnięcie drzwi wejściowych. Nie tracąc ani chwili dłużej ubrał co mu pierwsze wpadło w ręce, rzucił się w pogoń za swoim chłopakiem. Ignorując krzyki Marcusa i Andrey wybiegł na ganek, ale gdy się rozejrzał zamarł. Przed nim dom a po lewej i po prawej rozwidlenia dróg. Jego Damon, jego kochany Damon mógł być wszędzie. Z bezradności padł na kolana i rozpłakał się jak małe dziecko.
Damon
Biegł teraz ze łzami w oczach, skręcając w kolejne uliczki. Zgubił się. Przystanął i rozejrzał się - woku było istne odludzie. W budynkach okna pozabijane deskami... i ten odór stęchlizny. Wpadł w panikę. Zaczął płakać i krzyczeć. Położył się na brudnej ziemi w pozycji embrionalnej i wykrzykiwał imię swojego chłopaka. Spojrzał na tabliczkę z adresem - Dressage Ave. W amoku zaczął mocno drapać swoje ręce. Na odcinku między dłonią a łokciem zaczęły pojawiać się czerwone kreski z, których lała się krew. W końcu atak ustał a chłopak leżał bezwładnie na ziemi. Czekają na nie wiadomo co.
Na szyi poczuł kropelki jakieś cieczy. Ospałym ruchem podniósł głowę na tyle ile mógł i spojrzał kto go niesie. Uniósł wargi w lekkim uśmiechu - to był Cal. Na jego białej koszulce dojrzał czerwone plamy, następnie zwrócił uwagę na swoje ręce. Oczom nie wierzył - były całe podrapane. Co się z nim działo?
Nie wiedział.
- C... Calvin? - spytał cicho
- Damon?! Ty żyjesz! Jak dobrze. Myślałem, że Cię stracę! - mówiąc to mocno go przytulił
- Tak się ciesze, że mnie znalazłeś. Przepraszam, że na Ciebie krzyczałem. Nie chciałem. Myślałem, że już Cię nigdy...
- Nic się nie stało - uspokoił go Calvin, wycierając łzę, która płynęła w dół policzka.- Już wszystko dobrze - dodał przytulając Damona mocno - Ale trzeba coś zrobić z Twoimi rączkami.
- Bolą... i to bardzo. Nie wiem co mnie napadało.
- Zastałem Cię w totalnej histerii. Podrapałeś mnie w policzek, gdy próbowałem Cie podnieść - powiedz z lekkim uśmiechem pokazując rankę na twarzy.
Damon spojrzał i pocałował Calvina w miejsce zadrapania. Przytknął swoje czoło, do jego czoła, spojrzał głęboko w oczy i powiedział:
- Teraz wiem, że mogę Ci ufać zawsze i wszędzie.
- No pewnie, że możesz - powiedziawszy to pocałował Damona. - Chodźmy... skoro mówisz, że bolą Cie ręce to trzeba Cie oddać w ręce Andrey. Ona będzie wiedziała co zrobić.
Na szyi poczuł kropelki jakieś cieczy. Ospałym ruchem podniósł głowę na tyle ile mógł i spojrzał kto go niesie. Uniósł wargi w lekkim uśmiechu - to był Cal. Na jego białej koszulce dojrzał czerwone plamy, następnie zwrócił uwagę na swoje ręce. Oczom nie wierzył - były całe podrapane. Co się z nim działo?
Nie wiedział.
- C... Calvin? - spytał cicho
- Damon?! Ty żyjesz! Jak dobrze. Myślałem, że Cię stracę! - mówiąc to mocno go przytulił
- Tak się ciesze, że mnie znalazłeś. Przepraszam, że na Ciebie krzyczałem. Nie chciałem. Myślałem, że już Cię nigdy...
- Nic się nie stało - uspokoił go Calvin, wycierając łzę, która płynęła w dół policzka.- Już wszystko dobrze - dodał przytulając Damona mocno - Ale trzeba coś zrobić z Twoimi rączkami.
- Bolą... i to bardzo. Nie wiem co mnie napadało.
- Zastałem Cię w totalnej histerii. Podrapałeś mnie w policzek, gdy próbowałem Cie podnieść - powiedz z lekkim uśmiechem pokazując rankę na twarzy.
Damon spojrzał i pocałował Calvina w miejsce zadrapania. Przytknął swoje czoło, do jego czoła, spojrzał głęboko w oczy i powiedział:
- Teraz wiem, że mogę Ci ufać zawsze i wszędzie.
- No pewnie, że możesz - powiedziawszy to pocałował Damona. - Chodźmy... skoro mówisz, że bolą Cie ręce to trzeba Cie oddać w ręce Andrey. Ona będzie wiedziała co zrobić.



