poniedziałek, 7 stycznia 2013

~ 7 ~

Andrea
Siedziała wtulona w Marcusa. Kochała zapach jego koszulki i dotyk jego rąk na swoich policzkach. Nagle z jej oka wypłynęła łza. Marcus wytarł ją i złożył pocałunek na czole dziewczyny.
- Nie martw się, nie długo wrócą.
- Ale... a jak go nie znalazł? A co jak? A jeśli coś się stało? - trzęsła się ze strachu
- No spokojnie. Kto jak kto, ale Calvin jeśli go znajdzie, zaopiekuje się nim najlepiej.
- Jeśli?!
Marcus westchnął i mocniej przytulił dziewczynę
- Jak tylko...
- Jak tylko?! Jak go znajdzie! Musi go znaleźć!
- Ależ spokojnie...
- Chyba nie wiesz co mówisz!!!!! Jak mogę być spokojna kiedy ich obu nie ma!! Jak ty możesz tak mówić! Ty się w ogóle o nich nie martwisz!! - stojąc nad nim, krzyczała Andrea
Marcus opanowany wstał i złapał dziewczynę za ramiona, lecz ta szybko wyszarpała się z uścisku.
- Odczep się! Jesteś taki spokojny! A co jak Damonowi coś jest? A co jak nie żyje? Bierzesz takie wyjście pod uwagę!?
Chłopak wziął głęboki oddech i wskazał palcem na przedpokój w którym stał Calvin z zakrwawionym Damonem.
- I wy się teraz musicie kłócić? Kiedy on potrzebuje całej naszej 3? Jesteście okropni.
- On się w ogóle o Damona nie martwił!
- I to powód, że się tak drzesz na niego? Przynajmniej był opanowany, wybacz mi Andre, ale przesadzasz czasami. Wiesz, że Cię kocham, ale... jednak czasem przesadzasz. - powiedział Calvin. Już nie długo miał pożałować swoich słów.
- Tak? Przeginam? Przeginam kiedy martwię się o was? Może nie powinnam? Może nie powinnam w ogóle tu być?!
Marcus i Calvin zrobili wielkie oczy.
- Masz okres? Czy co? Andrea, Damon Cie potrzebuje... przecież wiesz, że Cie kochamy. Nie mów tak!

Marcus
- Oboje spokój!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Kłótnie przyjaciół przerwał krzyk Marcusa. Widać, że kipi złością.
- Czy wy nie widzicie, że ta kłótnia może wszystko zniszczyć? Wszystko!
Andrea parsknęła śmiechem
- Wszystko, jest niczym. Zaczynam sobie zdawać sprawę, że za szybko wszystko się potoczyło. - to mówiąc weszła na górę, a po pięciu minutach zeszła z plecakiem. - Ja muszę to wszystko przemyśleć.
Patrzył jak ubiera buty, nie wierzył, że aż tak jej było z nim źle.
- Jeśli kiedyś zatęsknisz to wiesz gdzie jesteśmy.
- Może zatęsknię, może nie.
Marcus spojrzał na sufit, próbując powstrzymać łzy. Po czym powlókł się do kuchni po apteczkę. Calvin położył malca na kanapie i zaczął całować krwawe rany od zadrapań. Marcus walczył z bandażami, lecz już po chwili udało się opatrzeć Damonowi rany. Śpiącego malucha zanieśli do góry.
- Nie wierzę, że jej pozwoliłeś. - powiedział Marcus zamykając drzwi sypialni.
- To samo mogę powiedzieć o Tobie. To Twoja dziewczyna! Podobno ją kochałeś! Ocaliła Ci życie, a ty o nią nie walczysz?
- Nie każdemu powiodło się tutaj tak jak Tobie i Damonowi. Opiekuj się nim i nigdy nie opuść. My z Andreą załatwimy sprawę sami. - powiedział wlokąc się na dół.
- Nie byłbym tego taki pewien - wymamrotał Calvin pod nosem, po czym wszedł do sypialni malca.

- "Może miała rację? Może za szybko wszystko się stało? Może powinniśmy byli zaczekać? Lepiej się poznać?" - rozmyślał Marc
Był tak zmęczony, że szybko zamknął oczy i poszedł spać.

Leciał, leciał ponad wszystkim. W dole mijał drzewa, domu, swoją szkołę. Nagle zobaczył coś niepokojącego - w dole 2 chłopców znęcało się nad jakąś dziewczyną. Zleciał niżej. To była Andrea, a oprawcami byli Eric i Dylan! Dziewczyna szarpała się i krzyczała, lecz ludzie na dziedzińcu jakby zrobieni z tektury nie ruszali się i nie reagowali. On również jakby wrósł w ziemię, mógł tylko obserwować jak kolejne stróżki krwi ciekną po twarzy Andrey. Nagle cały świat woku niego rozmył się i teraz stał on i ona. Woku nicość. Dziewczyna uśmiechała się i kręciła się po całym terenie. Biegli razem do przodu - nagle przystanęła, obróciła się i poprosiła go gestem do siebie. Chłopak podszedł do niej. Ona stanęła na palcach, objęła go woku szyi i pochyliła się w tył. Nim się obejrzał lecieli w dół. Dostrzegał twarz Andrey - blada, oczy czarne z których płynęła krew. Dostrzegł też długie, krwawe linie od krańców ust. Wyglądała jakby się uśmiechała. Nagle zniknęła, a on leciał wprost na metalowy pręt wystający z ziemi. Nagle poczuł jak pręt rozrywa my jelita i przebija na wylot...

-
AAAAAAA!!!!!!!!!!!!!! - obudził się - " Dzięki bogu, że to był sen ".
Na zegarku - 5:37. Czas, aby wstać. Wygramolił się z łóżka ( którym tej nocy była kanapa ) i podążył do łazienki. Odprawiając poranną toaletę rozmyślał o swoim śnie. Czyżby sen odzwierciedlał coś prawdziwego? Modlił się, aby to był tylko jego głupi pomysł.

1 komentarz:

  1. super rozdział , czytałam go z zapartym tchem w piersi , jest niesamowity , ty masz niebywały talent dzięki twojemu wspaniałemu opowiadaniu lecą mi łzy , ale w dobrym znaczeniu twoja stała czytelniczka K.

    OdpowiedzUsuń